Michał Gospodarczyk

Michał Gospodarczyk

Mam na imię Michał, jestem tatą dwóch wspaniałych chłopców (5 lat i 3 lata), mam 31 lat. W marcu 2016 trafiłem na ring. Przeciwnik (nowotwór jądra z przerzutami do węzłów zaotrzewnowych i do płuc, III stadium) powalił mnie na stół operacyjny i przeszedłem orchidektomię jednostronną. Wówczas dziękowałem losowi, że mam już swoich Synów, swoje Skarby. To dla nich podniosłem się bardzo szybko i odbyłem 4 cykle chemioterapii. Wlano we mnie 30 litrów trucizny, która powoli niszczyła wroga. Łączyłem medycynę tradycyjną z alternatywną (tzw. Immunoterapia), która mimo wspaniałych efektów nie jest refundowana w Polsce. Podczas tej terapii poddawałem się hipertermii, wlewom dożylnym, natlenianiu dożylnio oraz galwanoterapi). Dodatkowo wprowadziłem dietę. 

W czerwcu było prawie ok. Markery się unormowały, morfologia zaczęła się poprawiać. Płuca się oczyściły… tylko konglomerat węzłów chłonnych nie rozpadł się w całości. Skoro taki uparty, to ja mu pomogę – pomyślałem. I położyłem się pod nóż. Operacja trudna, bo przeciwnik sprytnie oplótł się aortą i żyłą dolną główną, a gdyby tego było mało przykleił się do dwunastnicy. Chirurg łatwo nie miał, ale „operacja przebiegła pomyślnie” – usłyszałem. Uwierzcie – to był miód dla mojego umysłu. W oczekiwaniu na wynik histopatologiczny i wizytę kontrolną nadal podnosiłem swój organizm immunoterapią po wyczerpującej walce. 

Sierpień, dzień ogłoszenia wyniku: „Panie Michale, może się Pan uznać za zdrowego człowieka!”. Radość, Szczęście, Łzy – runda zakończona, walka wygrana ! W takich momentach można wiele myśleć, planować ... ja otwierając oczy każdego dnia cieszyłem się, że żyję, że dostałem drugą szansę… Moje życie przed diagnozą nie było łatwe, ale dopiero choroba uświadomiła mi co w życiu jest tak naprawdę ważne... Ułożyłem w głowie plan: żyć pełnią życia, zbudować z Synami wielki garaż samochodowy z klocków, nauczyć starszego Syna jeździć na rolkach...  młodszemu pokazać śnieg, sanki, a wiosną nauczyć go pedałować na rowerze… nie czekać, nie odkładać nic na później. Nie zdążyłem przejść do realizacji… 

W październiku badania, tomografia – niejasności, może pomyłka?! W lipcu nie udało się wyciąć całości guza – odrasta. Są dwa węzły hypodensyjne w brzuchu. Progresja. Nie wiadomo tylko na jakim poziomie. Zlecono badanie tomografię PET. Czekałem 1,5 miesiąca na badanie. W tym czasie rak rozgościł się w wątrobie, oraz powiększył guz za otrzewną do rozmiarów 11x11x9 cm.  To nie koniec… Czas zacząć drugą rundę… Święta Bożego Narodzenia 2016 były pełne bólu... jak się później okazało - jedną nogą byłem po drugiej stronie... tuż po Świętach trafiłem do szpitala na leczenie ratujące życie... udało się! Stoję!  chodzę! jestem w domu!  Styczeń i luty 2017 to był czas coraz lepszych wieści: udało się opanować raka i doprowadzić do niemal całkowitej remisji. Zaproponowano mi autoprzeszczep szpiku poprzedzony chemią w wysokich dawkach. Profilaktycznie. Procedura jaka miała temu towarzyszyć była przerażająca, ale jak twierdzili specjaliści to najskuteczniejsza metoda pozbycia się „dziada” na zawsze. Zgodziłem się. Spędziłem w izolatce ponad 30 dni. Było kilka momentów, w których myślałem ze to moje ostatnie oddechy.... to był straszny traumatyczny czas. Chęć życia była jednak tak silna, że udało mi się szybko zregenerować i wrócić do żywych. Cóż to była za radość gdy za szklanymi drzwiami zobaczyłem moich chłopców z wielkim - większym od nich - transparentem :)  postanowiłem że już tam nie wrócę. Głęboko wierzyłem, że teraz mogę zacząć normalnie żyć bez choroby. W sierpniu 2017 gdy myślałem, że rak stał się juz tylko złym wspomnieniem badania wykazały odrastanie guza w brzuchu. Poczułem jakbym dostał w twarz... ale nie poddałem się. Wznowiłem leczenie i immunoterapię oraz włączyłem ziołoterapię. Jednak w styczniu 2018 dwunastnica, która dość ucierpiała przez rozpychającego się guza dała się we znaki. Zaczęła krwawić doprowadzając mnie znowu na pogranicze życia. Wylądowałem w szpitalu, gdzie kolejny raz uratowano mi życie. Codziennie toczono mi krew bym mógł stanąć na nogi. Znowu chemia. Później prawdopodobnie operacja, przed która tak się wzbraniałem... trudna, ryzykowna, ale dająca nadzieję na pozbycie się „drania”. Muszę teraz znaleźć chirurga, który zechce mnie zoperować w Polsce lub na końcu świata... Nadal żyję choć droga była tak kręta i wyboista. Kilka razy otarłem się o śmierć, a jednak jestem tu i teraz- zatem mam tu jeszcze wiele do zrobienia i zamierzam realizować boski plan przez wiele długich lat. Poza tradycyjna medycyną stosuję immunoterapię, ziołoterapię oraz medycynę chińską. Do tego niestety potrzebne są pieniądze, których przy tak intensywnym leczeniu wciąż mało. 

 

 Wierzę, że wszystko co się w życiu dzieje, dzieje się PO COŚ… wyciągam wnioski, weryfikuję, WYGRAM.

 

Jestem ogromnie wdzięczny za każde wsparcie – wierzę, że dobro wraca i wróci do każdego z Was ❤ 

 

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ DLA MICHAŁA:

zł  

lub

nr konta: 03 1050 1025 1000 0090 7328 2841 

tytułem FON-SUB-GOS-01