Iwona Pawełoszek

Iwona Pawełoszek

Do napisania tych kilkunastu zdań skłania mnie tylko i wyłącznie miłość i troska o dalszy los adoptowanej córki. Jestem od listopada 2014 pacjentką Instytutu Centrum Zdrowia Matki Polki w Łodzi, a dokładnie Kliniki Chirurgii Onkologicznej i Chorób Piersi kierowanej przez prof. dra hab. Marka Zadrożnego. Zanim trafiłam na oddział z rozpoznaniem raka piersi, los nie szczędził mi cierpienia i najboleśniejszych doświadczeń. Dokładnie 1 sierpnia 2001 roku na skutek tragicznych okoliczności  w wypadku samochodowym zginęły 2 moje najukochańsze córeczki (11 letnia Karolinka i 8 letnia Paulinka) oraz mąż. Ja jedyna  z tego wypadku przeżyłam, zostałam sama i po długich pobytach w różnych szpitalach i wielomiesięcznych rehabilitacjach  próbowałam znaleźć cel i sens dalszego życia. Niewytłumaczalne do dziś dla mnie okoliczności sprawiły, że promykiem nadziei stała się myśl o  adopcji. Mimo ogromnych problemów w całej procedurze adopcyjnej (bo byłam osobą samotną) udało mi się zakończyć wymagane szkolenie dla przyszłych rodziców adopcyjnych i otrzymać kwalifikację do przysposobienia dziecka. Narodziłam się na nowo w dniu 23 maja 2003 roku kiedy poinformowano mnie, że czeka w Domu Małego Dziecka na bezwarunkową miłość dwuletnia dziewczynka,  bardzo skrzywdzona przez biologicznych rodziców. I tak w moim domu pojawił się mały, bardzo opóźniony w rozwoju, cierpiący CZŁOWIEK! Ja skrzywdzonemu dziecku ofiarowałam całą swoją miłość, a Marysia (bo takie jest jej imię) swoją obecnością odbudowywała na nowo moje życie. Cenna  dla mnie praca zawodowa (jestem magistrem farmacji) pozwoliła udźwignąć trud materialnego utrzymania domu i wychowania Marysi. Do roku 2014 mimo wielu moich i mojej adoptowanej córki problemów zdrowotnych wszystko w miarę układało się dobrze. Kolejny życiowy cios i nowa prawdziwa ”Droga Krzyżowa” to jesień wspomnianego wyżej 2014 roku. Na przestrzeni kilku miesięcy jedna po drugiej, ciężkie operacje kręgosłupa (skutki wypadku z 2001 roku,) pobyt w szpitalach w Warszawie i jak grom z jasnego nieba, w tym samym czasie gdy jeszcze leżałam w szpitalu po trzeciej już w jednym roku ciężkiej operacji kręgosłupa, usłyszałam powalającą diagnozę - rak lewej piersi. Kolejny raz świat mi się zawalił. To nie był  przypadek (dziś tak to spostrzegam) trafiłam pod opiekę prof. dra hab. Marka Zadrożnego i jego wspaniałego zespołu pielęgniarek na oddziale Chirurgii Sutka ICZMP w Łodzi. Od listopada 2014 do czerwca 2015 roku uczestniczyłam w pełnym cyklu chemioterapii na tym oddziale (12 białych  i 4 czerwone). Następnie od 20 lipca 2015 roku tydzień pobytu na oddziale gdzie przeszłam operację (kwadrantektomii sutka i limfadenektomii) przeprowadzoną przez prof. M. Zadrożnego, a od września do końca października tego samego roku uczestniczyłam w pełnym cyklu radioterapii.  Wydawało się, że nowotwór został pokonany i kilkanaście miesięcy przyjmowania tamoxifenu rozbudziło  nadzieję na normalne funkcjonowanie w przyszłości. Zdecydowałam się wtedy powrócić na jedną drugą etatu do mojej ukochanej pracy w aptece (była ona dla mnie swoistą terapią,  a ciężko wypracowane środki dawały szansę powstrzymać stale pogarszającą się na skutek choroby sytuację materialną.   Trwało to jednak bardzo krótko. Bowiem w marcu 2017 roku znów przychodzi mi zmierzyć się z kolejną paraliżującą wiadomością o obecności przerzutów w okolice podobojczyka. Wdrożono wtedy następne cykle chemii. Niestety nastąpiła progresja ilości i aktywności przerzutów w węzłach chłonnych w dole nad i podobojczykowym. Za tym poszły kolejne cykle chemii.  Odpowiedzią lekarza prowadzącego była natychmiastowa operacja.  W lipcu  2019 roku Profesor M. Zadrożny podjął się usunięcia przerzutu do węzłów chłonnych nadobojczykowych.  Po operacji zastosowano kolejnych 8 cykli  carboplatyny. Wykonano badania. Szok! Głęboka progresja, nie tylko na węzły chłonne obojczykowe, lecz stwierdzono nacieki na żyłę, tętnicę szyjną i tarczycę. Nowotwór okazuje się bardzo odporny na leczenie dotychczas zastosowaną chemoterapię. Organizm mój został zniszczony, osłabiona odporność, a rak ma się dobrze. Za poradą dr Dominiki Sobieszkody zdecydowałam się na badanie Maintrac  (to diagnostyczna metoda laboratoryjna do wykrywania ilościowego komórek nabłonkowych pochodzenia nowotworowego).  Badanie jest oczywiście bardzo drogie i niestety NFZ go nie refunduje. Okazuje się, że mam ograniczone możliwości leczenia (wrażliwość 70% na jedną substancję) więc teraz muszę robić wszystko, żeby jeszcze przedłużyć życie. Obok chemioterapii leczenie alternatywne, wyłącznie w klinice prywatnej co wiąże się z ogromnymi kosztami.

W marcu 2020 badania wykazały dalszy znaczący progres choroby.

Opisanie w tak wielkim skrócie historii ostatnich kilkunastu lat mojego życia nie przychodzi mi łatwo. Nie czynię tego by wzbudzać litość, ani żeby kogokolwiek epatować swoim cierpieniem. Nigdy nie ujawniałam (poza najbliższymi mi osobami) historii  mojego życia.  Każde przyjście do szpitala, każda nowa informacja o kolejnych procedurach leczenia i potrzebnych operacjach wywoływała paraliżujący strach i pełne lęku pytania - co będzie dalej? Najwięcej sił w takich sytuacjach dawała mi zawsze myśl o potrzebie doprowadzenia córki do samodzielności życiowej (w tym roku zdawała maturę).  To, że się nie załamałam, że wciąż mam silne pragnienie życia  zawdzięczam: mojej córce Marysi, kochanej mamie (w bardzo podeszłym wieku też cierpiącej na liczne choroby) i cudownym lekarzom do których miałam zawsze szczęście. To między innymi ich opieka i wsparcie pozwalają mi przełamać najtrudniejszą barierę i po raz pierwszy w życiu prosić o pomoc materialną na dalsze leczenie podtrzymujące życie. Do tej pory radziłam sobie sama. Ostatni jednak rok bardzo kosztownych badań i leków i wyznaczony kierunek mojego leczenia  na najbliższy czas postawił mnie w sytuacji osoby proszącej o wsparcie materialne. Od pięciu lat rencistka, nie jestem wstanie absolutnie unieść rosnących kosztów leczenia i utrzymania wchodzącej w dorosłe życie mojej córki. Choroba czyni ogromne spustoszenie w moim organizmie. Kolejne cykle chemii całkowicie zrujnowały moją odporność. Zwracam się więc do ludzi dobrej woli o wsparcie materialne w leczeniu paliatywnym i mam pełną świadomość, że jest to dla mnie tylko szansa na przedłużenie życia, bo wyleczyć się tego nowotworu nie da. Zdaję sobie sprawę, że jest to leczenie paliatywne, czyli przedłużające życie przy bardzo niskim jego komforcie, ale zawsze życie!

Wiara jednak czyni cuda. Moim największym pragnieniem i wiem zarazem misją, jest pomóc Marysi i wprowadzić ją w dorosłe życie.  Tak jak po tragicznym wypadku w 2001 roku straciłam dzieci, męża i sama na skutek odniesionych ran otarłam się o śmierć i dzięki niesamowitemu wsparciu najbliższej rodziny, pełnym poświęcenia lekarzom  odbudowałam swoje życie, znalazłam siłę i niewyczerpane pokłady miłości by zająć się skrzywdzonym przez los dzieckiem, tak wierzę, że dziś odruch każdego serca wspierającego materialnie moje leczenie przedłuży mi życie, a tym samym  Marysi pozwoli bezpieczniej wejść w dorosłość .

 

 

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ DLA IWONY  :

zł  

  Język:  

lub

nr konta: 03 1050 1025 1000 0090 7328 2841 

tytułem FON-SUB-PAW-02