Marek Łupkowski

Marek Łupkowski

Rak nasz przeciwnik!


Jurek lat 10, Antek lat 13, Kasia lat 37, Marek lat 43, Diuk nasz pies lat 3. A od roku zamieszkał z nami Rak !!! Jesteśmy bardzo kochająca się rodziną, nie wyobrażamy sobie życia bez któregoś z nas, pomijając raka  !!! Niestety od roku Rak próbuje zabrać mi męża a dzieciakom ukochanego ojca !!!! Nasza historia jest dość zawiła i długa, ale postaram się Wam ja  przedstawić, bo warto wyciągnąć z niej wnioski.

Mój mąż Marek kończąc 40 lat poprosił od lekarza rodzinnego o skierowania na badania, tak zwany bilans czterdziestolatka (krótko mówiąc: zbadać serce ,wątrobę trzustkę ,nerkę ,cukier itp). Lekarz stwierdził, że Marek wygląda jak zdrowy „koń” i dał skierowanie na zbadanie cholesterolu. Wyszedł  troszkę za wysoki, więc było trzeba przestrzegać diety. Życie toczyło się dalej. Mimo że Marek narzekał na bóle kręgosłupa i klatki piersiowej, lekarz nie zwracał na to uwagi i kazał odpoczywać. Marek z zawodu listonosz z zamiłowania muzyk perkusista „ tuhaj-bej”, wierząc że nic mu nie jest pracował, grał na koncertach, jeździł na wycieczki z dziećmi, grał w piłkę, po prostu żył. Rok  temu dolegliwości się nasiliły. Wędrując w długich kolejkach od lekarza do lekarza,  sam na własna rękę wykonał rezonans odcinka klatki piersiowej i był pewien że to zwyrodnienia na skutek lat pracy i gry na perkusji ale NIE..., nie było tak dobrze .. rezonans wykazał liczne przerzuty do kości żeber, kręgosłupa, mostka, płuc, wątroby  -  szok szok. Po dalszych badaniach okazało się, że Marek jest posiadaczem ogromnego guza nerki! (a można było zrobić 3 lata temu usg). 

Dla naszej rodziny to ogromny cios! Marek jest dla mnie wszystkim a dla dzieci całym światem!

Postanowiliśmy walczyć i wygrać tą WOJNĘ.

Przeciwnik Rak okazał się rzadką odmianą i bardzo złośliwą na którą nie ma refundowanego leczenia!!!! - następny cios.

Razem z przyjaciółmi szukaliśmy wyjścia, lekarza, pomocy co mamy dalej robić, jaka metodą walczyć.

Marek ma dużo przerzutów. Po usunięci nerki Ordynator oddziału złożył mi wstępne kondolencje i spytał czy mamy dzieci i że jest mu przykro, ale mąż nie pożyje długo - następny cios - bolało!

Z Mareczkiem nie złożyliśmy broni. Znaleźliśmy wspaniałego lekarza, co prawda daleko od domu (370 km), ale znaleźliśmy.

Po różnych jeszcze przykrych przygodach które zaserwował nam Rak,  Marek dostał się do programu klinicznego który był dla nas zbawieniem!!! Nowoczesne leki z USA przyniosły niesamowite efekty u podobnych pacjentów jak Marek i taką mieliśmy nadzieje, myśleliśmy, że wygraliśmy ....ale niestety Marek po drugim wlewie dostał obustronnego zapalenia płuc tak poważnego, że trafił na OIOM ze śpiączka - cios - bolało bardzo. Lekarz kazał przygotować się nam na najgorsze....

Marek na początku choroby powiedział i obiecał nam, że się nie podda, że będzie walczył dla nas, dla siebie, że nie chce umierać, jeszcze nie teraz.....

Dotrzymał słowa wyszedł z zapalenia płuc, doszedł do siebie i wrócił do leczenia. Myśleliśmy ze najgorsze mamy za sobą .... mocno się myliliśmy. Po jakimś czasie Marek zaczął pluć krwią i miał wysoka gorączkę nasze przerażenie wróciło. Szybko musieliśmy Marka zawieść z powrotem do szpitala 370 km od domu - tam tylko okazywali chęci jakiejkolwiek pomocy.

Diagnoza wykazała, że w płucu jest ropień - cios. I następny miesiąc Marek spędził w szpitalu. Każdy taki pobyt, każda komplikacja zdrowotna powodowała, że odstawiali Markowi leczenie na raka.

Mój mąż jest bardzo zdeterminowany i zmotywowany, nie poddał się mimo tylu razów zadawanych przez przeciwnika.

Po nowym roku 2019 nastała można powiedzieć lekka stabilizacja, Marek czuł się lepiej - bóle były troszkę mniejsze. Myśleliśmy, że już po wszystkim i będzie z górki, że pokonamy te badziewie. Nasza radość nie trwała długo... przerzuty do kości powodują straszne bóle nie do opisania, ale jakoś Marek je znosi dzielnie. Z wagi przed rozpoznaniem choroby, czyli z 110 kg mąż schudł do 74 kg i chudnie dalej. Wspomaganie żywienia medycznego jest drogie i nie stosowaliśmy go regularnie, a teraz mimo jedzenia regularnie trzeba się wspomagać .

W maju Marek pojechał na następny wlew (wlewy i tabletki z badania klinicznego co dwa tygodnie a tomograf co 3 miesiące 370 km od domu) jak pewniak że wyniki będą jak poprzednio, że dostanie wlew tabletki i wróci do domu (tata Marka jest naszą pomocą i wozi męża tak co dwa tygodnie). Niestety znów CIOS ostatni tomograf wykazał progresję choroby - guzy przerzutowe się powiększyły, Marek nie reaguje na leczenie i odebrano nam je na zawsze!!! Zostaliśmy jak na początku z niczym !!!!! Rozpacz, łzy, ból .....

Może nie zostaliśmy zupełnie z niczym, ta wiadomość odebrała nam dużo wiary, że będzie dobrze, ale mamy wspaniałego lekarza, który dodał nam trochę siły. Jak lekarz się nie poddaje to my tym bardziej!!!!! Doktor chce wytoczyć broń z dużym kalibrem na Raka !!! Jest pewne duże ale ... jego koszt !!

I jak myślicie ile może być warte życie męża, ojca dwóch dzielnych chłopców, syna, przyjaciela i super perkusisty!!!!???? Nas ta kwota przerasta milion razy a nawet bilion razy, bo już nic nie mamy tylko siebie!!!! Lek, który może pomóc Markowi jest stosowany w leczeniu innych nowotworów a nawet refundowany. Tylko nie Jemu!!! Koszt ostatniej szansy to 4 wlewy, a każdy z nich przy wadze Marka to 90 tys złotych !!! Więc nic innego już nam nie pozostało tylko prosić o pomoc Was wszystkich: znajomych i nieznajomych o podarowanie Markowi życia!!! Proszę,
Kasia

 

 

 

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ DLA MARKA:

zł  

  Język:  

lub

nr konta: 03 1050 1025 1000 0090 7328 2841 

tytułem FON-SUB-LUP-01