Marzena Świątek

Marzena Świątek

Mam na imię Marzena i choruję na raka piersi. Mimo upływu miesiąca od postawienia diagnozy wciąż nie bardzo wiem, jak długo choruję. Pewne jest jedno: należę do bardzo nielicznej grupy zachorowania na raka piersi. Zdaniem niektórych lekarzy zachorowałam w ciąży, zdaniem innych – kilka miesięcy temu.

Małe zgrubienia w lewej piersi wyczułam karmiąc piersią mojego 7-miesięcznego synka, Franciszka. Franek jest moim pierwszym dzieckiem, a w naszej rodzinie nie było przypadków zachorowań na raka piersi, więc po konsultacjach z bardziej doświadczonymi mamami uznałam, że mam problem z zatkanym przewodem mlecznym i przez kilka tygodni próbowałam poradzić z nim sobie domowymi sposobami.

Mimo upływu miesiąca, guzki nie znikały, a mój niepokój wzrastał, postanowiłam więc udać się do ginekologa na badanie. W gabinecie lekarskim usłyszałam, że grudki to nieodciągnięty pokarm i mam dalej masować, stosować okłady z kapusty, kompresy ciepłe i zimne oraz ściągać mleko, żeby opróżnić pierś. Minął kolejny miesiąc i wciąż nic się nie zmieniało.

W tygodniu poprzedzającym Boże Narodzenie 2017 r. pierś zaczęła lekko boleć. Uznałam, że tym razem poszukam pomocy u doradcy laktacyjnego. Zakładałam, że nieleczony zatkany przewód mleczny może rozwinąć się w zapalenie piersi, a nie chciałam spędzać Świąt w kolejkach po pomoc lekarską – wolałam upewnić się, że wszystko robię dobrze i wykupić potrzebne leki na zapas. Idąc na wizytę, nawet mi nie przeszło przez myśl, iż problem z piersią mógłby mieć inne podłoże niż nieprawidłowe karmienie synka.

Kompetentna lekarka zadała mnóstwo pytań, zbadała mnie bardzo dokładnie i niestety na 2 dni przed Bożym Narodzeniem powiedziała: „To nie jest problem wynikający z karmienia. Ma Pani guz i powiększony węzeł chłonny. Musi Pani natychmiast zrobić biopsję i usg”. Wizyta dobiegła końca, a mi zachwiał się cały świat. Nie zakładałam, że jest to nowotwór złośliwy – przecież to się nie mogło zdarzyć! „ To na pewno jakaś łagodna zmiana” – myślałam. „Mam niespełna 9-miesięczne dziecko, kochającego męża, w planach wyprowadzkę do własnego mieszkania, przed nami jeszcze całe długie i szczęśliwe życie! Muszę tylko szybko zrobić badania, ewentualnie wyciąć zmianę i wszystko już będzie dobrze”. Mąż był jedyną osobą, której powiedziałam o tym przed Świętami. Nie chciałam martwić nikogo czymś, co przecież niedługo nie będzie problemem.

Na usg z powodu świątecznych dni wolnych udało mi się zapisać dopiero tydzień później. Lekarka przeprowadzająca badanie potwierdziła rozpoznanie doradcy laktacyjnego, powiedziała, iż sprawa jest pilna i po 3 godzinach oczekiwania na przyjęcie przez onkologa, udało mi się w towarzystwie męża skonsultować z chirurgiem onkologiem.

W gabinecie usłyszeliśmy, że jestem bardzo rzadkim przypadkiem zachorowania, że mam nowotwór piersi z przerzutami (lekarka wyczuła powiększoną wątrobę, którą mój internista w grudniu uznał za chorobę wrzodową żołądka) i że jest to nowotwór nieoperacyjny z powodu przerzutów. Jedyne dostępne leczenie w moim przypadku to chemioterapia. Zabrzmiało to jak wyrok, więc w miarę upływu wizyty łez w naszych oczach było coraz więcej, w efekcie czego na koniec nie byliśmy już nawet w stanie wykrztusić „dziękujemy i do widzenia”. Na korytarzu rozpłakaliśmy się na dobre i w tak smutnej oraz pełnej niedowierzania atmosferze czekaliśmy na wyznaczony po Nowym Roku termin stawienia się do szpitala. Podczas tej wizyty lekarka nakazała natychmiast odstawić synka od piersi, co jak dotąd było podstawą jego diety i dla nas wszystkich było bardzo trudne, gdyż odbyło się dosłowne z karmienia na karmienie.

W pierwszy czwartek 2018 r. stawiliśmy się z mężem do Centrum Onkologii w Warszawie na badania. Powtórzono usg, wykonano biopsje cienko- i gruboigłową, rentgen klatki piersiowej, mammografię, morfologię i badania genetyczne, których wyniki wykazały brak mutacji w genach BRCA1 i BRCA2. W ciągu kolejnych dni przeprowadzono tomografię komputerową, scyntygrafię kości i echo serca. Okazało się, że przerzuty są nie tylko do wątroby, ale i do płuc, wszędzie liczne, a komórki nowotworowe mają 80-procentowy, a punktowo nawet 90-procentowy współczynnik namnażania.

Konsylium rozpatrujące mój przypadek potwierdziło wstępną diagnozę – rak jest nieoperacyjny. Szpital może zaproponować mi tylko opiekę paliatywną w formie chemioterapii, by poprawić komfort reszty mojego życia… Na osobności mąż od lekarki prowadzącej usłyszał, że nie dożyję końca tego roku…

Na konsylium złożono mi jeszcze propozycję wzięcia udziału w badaniu klinicznym z użyciem pembrolizumabu, na które po kilku tygodniach oczekiwania się nie zakwalifikowałam, gdyż mój typ nowotworu ma jeden z receptorów dodatni w 5%, a do badania konieczne są same zera. W tym czasie nie byłam poddana jakiemukolwiek leczeniu, gdyż chemioterapia miała się rozpocząć równolegle z badaniem, a guzy rosły… W ciągu 10 dni na powtórnej tomografii komputerowej największy guz na wątrobie urósł z 9,1 cm do 14,5 cm, a my wciąż czekaliśmy an kwalifikację…

Gdy już było wiadomo, że udział w badaniu nie będzie mi dany, na początku lutego otrzymałam pierwszą chemię w schemacie A/C. W międzyczasie konsultowaliśmy moje wyniki z innymi lekarzami i wszyscy rozkładali ręce. Leczenie w zakresie medycyny konwencjonalnej się wyczerpało, zostały terapie alternatywne, które w połączeniu z chemioterapią mogą zatrzymać zmiany lub nawet je cofnąć. Staram się zatem zwiększyć skuteczność chemioterapii, wspomagając się zabiegami z hipertermii, przyjmowaniem suplementów i antybiotyków (salinomycyny) pod kontrolą lekarza widzącego dla mnie szansę. Myślimy też o terapii szczepionkami dendrytycznymi za granicą (w Polsce nie prowadzi się takich form leczenia), ale w związku z tym, że wiąże się to z olbrzymimi kosztami, tego rodzaju leczenie stoi pod wielkim znakiem zapytania i zależy już tylko od Państwa hojności.

Bardzo proszę Państwa o pomoc finansową. Tylko dzięki wpłatom na moją rzecz, będę mogła zrobić na złość lekarzom i pożyć dłużej niż tylko do końca 2018 r. Każdy dzień jest dla naszej rodziny na wagę złota, a zwłaszcza dla mnie, gdy mogę patrzeć, jak synek rośnie i z dnia na dzień opanowuje nowe umiejętności. Do samodzielności jeszcze bardzo dużo mu brakuje (ma dopiero 10 miesięcy), więc będę Państwu bardzo wdzięczna za każdy grosz, który pozwoli mi być z nim tak długo, jak będzie to możliwe.

Dziękuję Państwu z góry za szczodrość serc! Wierzę, że okazane mi dobro powróci do Państwa zwielokrotnione!

 

 

 

PRZEKAŻ DAROWIZNĘ DLA MARZENY:

zł  

lub

nr konta: 03 1050 1025 1000 0090 7328 2841 

tytułem FON-SUB-SWI-01